Menu
Moja Grecja
  • Strona główna
  • Moje Książki
  • Moje artykuły o Grecji
  • Historia książki
  • Oliwy Organiczne
  • Zamów Książki
Moja Grecja

Świąteczna wyprawa do Loutraki

Napisano dnia 3 lutego 202410 lutego 2024

Tak jak i zeszłego roku postanowiłem czas świąteczny spędzić w Grecji. Dokładniej przedświąteczny. Tak, żeby uciec od przedświątecznego zaganiania, nerwówki i chaosu. Tym bardziej, że w Grecji święta przebiegają pod znakiem roześmianych dzieci, rozświetlonych ulic i wspaniale udekorowanych witryn sklepowych. Z tych Greków co znam, to wigilię spędzają w tawernie, a pierwszy dzień świąt czczą obiadem domowym. Piszę przede wszystkim żeby zaproponować taki fajny program, dla tych co chcą sobie wyskoczyć, zrelaksować się i odpocząć. Programów zwiedzania Aten w kilka dni, jest wiele, choć miasto można zwiedzić w dzień lub dwa na dobrą sprawę. Ja tam wole cieszyć oko krajobrazami, a Grecja jest bardzo plastyczna. Wszędzie góry, zatoki czy inne atrakcje.

Swiąteczne dekoracje sa bardzo pomysłowe

Pierwsza uwaga, jak ktoś rezerwuje sobie lot polecam zobaczyć w jakich godzinach jest wylot , żeby nie robić sobie pobudek o 4 rano, bo się z wycieczki zrobię męka. Albo nie będzie jak dojechać. Polecam też wcześniej rezerwować samochód czy hotel, bo w zeszłym roku była lipa jak zostawiłem to na ostatnią chwilę. W okresie świąt, Grecy mieszkający za granicą lubią odwiedzić ojczyznę i rodziny. To samo może być w czasie świąt wielkanocnych.

Widok z balkonu
410981560_824791262989307_5545058418396637425_n
Widok z balkonu

Hotel sobie wybraliśmy w Loutraki i to z premedytacją z pokojami z widokiem na Zatokę Koryncką. Hotel jest ok 20 metrów od morza więc widoki na 4 piętrze niesamowite w dzień i w noc. Samochód sobie zarezerwowałem w wypożyczalni Aramis. Blisko lotniska i tanio. Mały samochodzik wyszedł po 20 euro za dobę. Uwaga, to cena pozasezonowa. Brali kaucję, ale można było w gotówce,, nie z karty. Kaucja 400 euro.

Aramis ma kilka punktów. Ja zazwyczaj biorę auto z punktu koło lotniska. Przyjeżdża busik, zawozi do biura i dają kluczyki. Od wypożyczalni do Loutraki jechaliśmy jakieś półtorej godziny. Ateny objechaliśmy obwodnicą czyli droga attycką.

Owoce morza, tak na 3, 4 osoby za 35 euro
W Grecji tradycyjnie wystawia się statek. Choinka przyszła później

Wzięliśmy sobie apartament z dwiema sypialniami. Rozpakowaliśmy się szybko bo w mieliśmy tylko bagaż podręczny i hop na miasto. Pierwszy wieczór to były owoce morza. Półmisek z krewetkami, kalmarami, ośmiornicą, i rybkami wyszedł 35 euro. Wina i tsipouro extra. Do lokalu szliśmy jakieś 10 minut, bo znajomy co ma tawernę Plaza był zamknięty z uwagi na renowację deptaka w Loutraki. Jedliśmy wspaniałości i cieszyliśmy się, jak to fajnie tanio wychodzi w Grecji nad morzem. Zjedliśmy może połowę zawartości półmiska. Tyle tego było. Sałatki nie braliśmy. Nie do przejedzenia. Później hotel i do spania.

Każdy zaczyna dzień od kawy na mieście

Dzień drugi zaczęliśmy od kawy nad morzem, ja sobie wziąłem pitę z serem feta w piekarni, i hop w trasę. Pojechaliśmy wybrzeżem w stronę Kranidi. Widoki niesamowite. Wszędzie były drogowskazy na wyspę Spetses czyli cel naszej wyprawy. Najpierw Porto Heli z przystanią jachtową, gdzie musieliśmy zapytać o transport na wyspę. Okazało się, że był jakieś 1,5 km od przystani jachtowej. Do wyboru był prom który pływa co parę godzin, albo od razu mała zwinna taksówka morska. Kurs 30 euro w jedną stronę.

Od kursu, nie osoby. Fajnie się płynie bo taksówka szybka.

Morska taksówka na Spetses

Wysepka ładna ale zaskakująco mało grecka. Greckie to się kojarzą bardziej z Santorini, a Spetses, kiedyś bardzo bogata przypomina Włochy albo Karaiby. Duże kamienice, fortyfikacje portowe i Grand Hotel. Taki klimat trochę Hiszpański. Ale ładnie i ciekawie. Wszędzie koty, i miniaturowe samochody, lub skutery. Tam nie ma specjalnie dróg na samochody. Muzeum nieduże i niedrogie. No ale nie było gdzie zjeść. Tylko kawiarnie. No to hop na taksówkę morską i z powrotem. Obiad zjedliśmy w Porto Heli przy przystani jachtowej.

Poniżej zdjęcia ze Spetses, jak widać nie są to ubogie chatynki. Kot też widać taki z droższych, pewnie zamorska rasa jakaś. 

Grand Hotel - Spetses
Museum of Spetses
Dziś informacji udziela kot.

Po drodze odwiedziliśmy tłoczarnię oliwy Bekas w Koliaki, z którą współpracuję. To od nich mam oliwy. Ale nie było ich bo przed świętami skarbówka grasowała po okolicy, więc wszyscy się pozamykali i pochowali w niedostępnych górach. Wróciliśmy na wieczór.

Oliwka szczep Manaki

Po drodze padało, a grecki asfalt się robi bardzo śliski po deszczu, więc jechałem ostrożnie. Za to jakaś taksówka się spieszyła i nas wyprzedziła. Dosłownie na naszych oczach, 20 metrów przed nami doszło do zderzenia. Ktoś jechał z góry, nie wyhamował na zakręcie i walnął w taksówkę. Nie jechał szybko, ale wypadł na pas nasz i auta rozbite. Takie szczęście nasze. Jakby nie ta taksówka, to my byśmy mogli brać udział w wypadku. 20 metrów i może sekunda nas ocaliły. Miedzy Koliaki a Epidauros (miastem nie teatrem są super widoki i zakręty), człowiek jedzie i się zachwyca. Przed Kranidi można sobie podjechać zobaczyć stanowisko archeologiczne w jaskini Franchti. Miejsce raczej o znaczeniu sentymentalne dla paleoantropologów, bo nic tam ciekawego nie ma. Ładne wybrzeże, ładna ścieżka, a potem jaskinia i tyle. Byłem dwa razy i na pewno będę, bo to dla mnie miejsce magiczne. Wróciliśmy sobie na wieczór, pospacerowaliśmy ciesząc oczy świąteczną atmosferą i coś niedużego zjedliśmy w jakimś barze typu gyros. Do tego winko białe.

Wypadek

Trzeciego dnia ruszyliśmy do Myken i Nauplio. Po drodze była kawa przy Kanale Korynckim w takim dużym sklepie z pamiątkami, a na śniadanie wzięliśmy sobie po szaszłyku wieprzowym, czyli po suvlaku. Wyszło 3, 60 euro za dwa z chlebem. Trasa bardzo malownicza. Po drodze masywne wzgórze Akrokoryntu, czyli szczytu nad Koryntem, na którym znajdowały się fortyfikacje z różnych epok. Następnie słynąca z win okolica Nemei i Mykeny. Mykeny mają dwa miejsca do zwiedzenia na jeden bilet. Jest to grobowiec kopułowy kiedyś błędnie nazywany grobowcem Agamennona i cytadela Mykeńska z dobrym muzeum. Przed zwiedzeniem warto sobie coś o tym poczytać. Czas zwiedzania taki dla sprawnej osoby ok półtorej godziny. Jako, że tam byłem z grupami kilkadziesiąt razy to, darowaliśmy sobie.

Z Myken ruszyliśmy do Nauplio, pierwszej stolicy nowożytnej Grecji. Uwaga, polecam jechać w kierunku na Tolo, nie przez Argos. Jak ktoś kocha epokę brązu czyli czasy Wojny Trojańskiej, to może odwiedzić Tiryns. Jest między Nauplio, a Argos. Cudów nie ma. Takie 10% Myken. Nauplio od razu rzuca się w oczy monumentalną skałą zwieńczoną blankami twierdzy Palamidi.

Twierdza Palamidi nad Nauplio

Zaparkowałem sobie na przeciwko straży pożarnej, przy starej stacji kolejowej. Ruszyliśmy pod schody prowadzące do twierdzy. Schodów jest ponad 900, ale mniej niż 1000. Taka złośliwa jakaś liczba, bo trudno zapamiętać. Ani nie 950, ani nie 999. Byłem tam z 20 razy i za każdym razem inaczej mi wychodziło. Wychodzi się trochę, ale widoki oszałamiają!!! to jest kosmos. Tak na wyjście i zejście trzeba dać sobie z 40 minut. Bo wciąż człowiek staje na zdjęcia, albo żeby trochę odpocząć i zawału nie dostać ze zmęczenia. Najbardziej warte wyjście w moim życiu. Tak porównując wysiłek włożony w wejście do wrażeń widokowych. A byłem i na Olimpie (bez Mitikasa) i na Akrokoryncie czy na Ossie. Widok z Palamidi wygrywa. Jakby tam się szło dwie godziny to już nie, ale takie wyjście 20 minutowe jest absolutnie warte wysiłku. Daję zdjęcia tych schodów z poprzedniego lata. Widać też cypel, który obchodziliśmy.

Widok ze schodów prowadzących na twierdzę Palamidi
W drodze do Palamidi
Zatoka Argolidzka
Cypel który obeszliśmy

Tym razem obeszliśmy sobie cypel, który widać z twierdzy. Trasa zagrodzona, i pisze, że kamienie spadają ale jest przepiękna więc poszliśmy. Grekom jakoś zakaz nie przeszkadzał, no ale Grekom to w ogóle jakoś znaki czy zakazy specjalnie nie przeszkadzają. Sukces, że świateł na skrzyżowaniach już przestrzegają, bo kiedyś też z tym różnie było.

dróżka na cyplu na którą nie wolno wchodzić
dróżka na cyplu
z dróżki na cyplu można zejśc i eksplorować sobie

Ale ta trasa wokół cypla przyniosła mi wiele wspomnień. Kilka lat tam nie byłem z grupami, a to covidy były, a to się zamieszanie mi porobiło w sprawach prywatnych… I coś tam we mnie pękło, w czasie tego spaceru, taki był to moment pewnego rozliczenia, pewne decyzje podjąłem. Wracam do oprowadzania. Bo oprowadzanie to to co najbardziej lubię. I stanąłem pod pewną latarnią, na krawędzi ścieżki. Ta latarnia to ja. Sama, na skalistej krawędzi i patrząca w morski horyzont.

moja latarnia

Nauplio jest przez wielu nazywane najładniejszym, miastem Grecji. To była stolica posiadłości weneckich i później pierwsza stolica Grecji w XIX wieku. Raptem parę lat bo Otto Bawarski, pierwszy król niepodległej Grecji, przeniósł stolicę do Aten. Ale o Nauplio napisze jakiś osobny artykuł, bo w pierwszej książce (Mojej Grecji) tak trochę niesprawiedliwie je pominąłem. No ale musiałem być selektywny. W każdym razie w Nauplio warto spędzić kilka godzin. Karmią dobrze, jest też lodziarnia która kiedyś była uznana za najlepszą w Grecji przez jakis magazyn. Polecam lody figowe, albo o smaku kadaifi. Lody są niezwykle esencjonalne w smaku.

Najlepsze lody jakie jadłem w życiu
Starówka Nauplio
Nauplio
Nauplio
Twierdza Bourtzi w porcie Nauplio

Aha i w Nauplio jest dobre muzeum,. Treściwe i bardzo przekrojowe. Jest zbroja z czasów wojny trojańskiej i są też jakieś artefakty z epoki paleolitu znalezione w jaskini Franchti (tej po drodze do portu z którego się płynie na Spetses). W Nauplio znów był wypadek na naszych oczach. Tym razem człowiek na hulajnodze coś nawywijał tak, że zrobił salto nad kierownicą. Chyba dziura była w drodze. Ale apogeum atrakcji było przed pewnym kościołem. Najpierw kręcił się tam jakiś mroczny typ. Trochę jak ojciec chrzestny trochę jak Jaś Fasola. Cudacznie ubrany na czarno, trochę w stylu retro. Okazało się, że to kierowca karawanu, bo w kościele był pogrzeb. Nie byliśmy ciekawi specjalnie tej atrakcji wiec poszliśmy dalej. Ale jakieś drzwi boczne były otwarte no to zajrzeliśmy. A tu akurat, na wprost nas zmarły leży sobie w pełnej krasie. No to ciarki nas przeszły. Bo ani nie w trumnie, ani przykryty tylko tak o, leżał sobie na katafalku. Twarz napuchnięta, mocno zszarzała… No piękne znaki na dalsza podróż. Dwa wypadki na naszych oczach i nieboszczyk w kosciele. No ale jak się dowiedziałem, to ponoć szczęście przynosi zmarłego zobaczyć. Pojechaliśmy tez zobaczyć wielkiego kamiennego lwa, a on jest koło cmentarza i akurat tak się zgrało, że „nasz” zmarły tam przyjechał karawanem.

Lew Bawarczyków koło cmentarza

Po Nauplio pojechaliśmy zobaczyć sobie Tolo, tak o zajrzeć jak tam jest i jest przepięknie. Następnie Epidauros czyli najlepiej zachowany teatr antyczny i muzeum medycyny. Można sobie na to godzinę poświęcić. Nie zwiedzaliśmy, zwiedzimy w czasie następnego wyjazdu w lutym, podobnie jak Mykeny. Kolega z którym jeżdżę, bierze córkę, to będzie musiał zwiedzać, bo dziecko ciekawe świata. Znów pojechaliśmy do Koliaki odwiedzić tłoczarnię Bekas i zostawiliśmy prezenty czyli żubrówkę i czekoladki Wedla, takie baryłeczki z różnymi alkoholami. No takla tradycja, w końcu szefowa tłoczarni Roula, kiedy zaprosiła mnie na spotkanie biznesowe zapytała: Pijesz wino czy bimber. Taka to wioskowa tłoczarnia. Żubrówka może być dobrym prezentem w Grecji bo smakuje jak świąteczne ciasto czyli tsureki. Tego wieczoru zjedliśmy w Agii Theodori w takiej eleganckiej grillowni gdzie były baraniny jagnięciny i inne atrakcje. . Obiad już z winami po uszy kosztował 30 euro na 2. Mój towarzysz zaproponował jakieś drink bary to popiliśmy whisky, no i była męka w nocy i nad ranem.

Tolo

Czwarty dzień dzień postanowiliśmy spędzić na surowych pokutach, za pijaństwo i rozpustę dnia poprzedniego, więc ruszyliśmy do klasztoru Patapiosa. Google map chyba też popiło bo poprowadziło nas na jakąś dróżkę leśną. Uwaga, z Loutraki do Patapiosa jedziemy kierując się na Perachorę. Miniemy tam taką restaurację z gigantycznym dzbanem i potem są rozjazdy na klasztor.

Widok z klasztoru Patapiosa
Klasztor Patapiosa
klasztoru Patapiosa

Klasztor malutki. Od parkingu trzeba podejść. Ale potem jakie widoki, panie jakie widoki. W niedużym kościele są ikony Agia Ypomoni (Cierpliwość), bo takie imię przybrała matka ostatniego cesarza Bizancjum Helena Dragasz, tam też jest oprawiona w srebrojej czaszka. Uwaga podkreślam, cesarzowa jest podpisana jako Υπομονή, nie Helena. Powyżej jest mała jaskinia ze szczątkami św Patapiosa. Ciało nakryte jest całunem, ale wystaje spod niego straszna, wyschnięta ręka. Mój towarzysz podróży westchnął, że znowu jakieś koszmary będziemy mieli.

Knajpka Strati-strati w Agii Theodori

Kolejnym punktem programu była wizyta w naszej ukochanej malutkiej knajpce a Agii Theodori. Lokal żywcem przeniesiony w czasie sprzed 80 lat. Kuchnia wygląda tak, że polski sanepid by dostał zawału na sam widok. Bo ręczniki papierowe nie są w odległości 30 cm od zmywaka, a poza tym co tam robi kot? No a co ma robić? Leży albo spaceruje dodając uroku lokalowi. W zasadzie kotka bo mutacja trikolorów dotyczy tylko samic. Tak jak daltonizm dotyka tylko mężczyzn. Tam można zjeść sobie takie dania starej kuchni greckiej domowej. Np zupę z koziny, albo sznycelki z baraniny.