Na początek wylądowałem na północy Grecji. Miałem punkt zaczepienia bo pracuję w turystyce. Więc hotelarzy znam od lat no to i nie jedno przeżyliśmy i coś mi zawdzięczają jako że ja nie raz decydowałem gdzie grupa ma spać, a i w ogóle moje grupy znajomych czy organizowane przeze mnie tam się zatrzymywały.
Po prostu dzwonie do hotelarza i pytam czy mogę wpaść na parę dni bo mam jakąś robotę do zrobienia w okolicy, albo szukam mieszkania gdzieś. Więc czy czasowo można. No to zazwyczaj można, Ba nawet od zaproszeń się nie mogę opędzić.
Całe szczęście że nie dałem się wkręcić na mieszkanie z niezwykle ponętną serbską pielęgniarką w tym Katerini. Kto mieszka w tym mieście to tyje, zapuszcza wąsy i wygląda jak handlarz sandałów z Bagdadu , w przypadku kobiet to wygląda trochę jak emerytowana iranka która w młodości ćwiczyła trójbój siłowy. Tak bo miasto powstało dzięki uchodźcom greckim z Azji Mniejszej i bliskiego wschodu. I to widać w ich urodzie, zabudowie i wystroju lokali, a przede wszystkim w umiłowaniu maksymalnego tłoku i zagęszczenia i tolerancji na syf, śmieci i niedoróbki budowlane.
No ale ludzie są kochani. Może to tak działa, że im większy porządek i bardziej czysto to relacje chłodniejsze i ludzie bardziej samotni? A jak chlewik to ludzie bliscy i serdeczni? Może coś na rzeczy jest. W każdym razie zachowawczo zamieszkałem w Hotelu Filoxenia. W Leptokarii. Hotel super , takie porzadne 3 gwiazdki za cenę 2. I inna liga współpracy. Nie ma kabaretów że pijany właściciel wita grupę ze szklaneczką whisky, albo że zakręcana jest ciepła woda, bo se musi ktoś odbić. Ten hotel to inna liga. A czemu? Bo prowadzi go para Greków wychowana w Niemczech. Niby na luzie jak Grecy, ale palić nie wolno, albo maję pretensje do władz miasteczka że śmieci się nie wywozi o ustalonej godzinie. Ale dla turystów bomba jest ekstremalnie schludnie i czysto. Mają luz i mentalność Grecką ale do pracy podchodzą po niemiecku. O tak to nazwę.
Hotel w relacji jakości do swojej ceny jest genialny. Bardzo ładnie wyposażony, zadbany i czysty. Właścicielka czyli zona właściciela pracuje w samolotach Lufthansy czy Innego Luftwaffe, więc macie pojęcie o poziomie pracy tego hotelu. A ceny jak za winklem u kogoś kto odpadająca klamkę umocuje taśmą klejącą. Dostałem więc apartament z niezależnym wejściem. Salonik, aneks kuchenny, osobna sypialnia. Luksusy. Rano widok na Olimp i 5 minut spacerem do morza. Przed drzwiami rosła mi palma. Minusy. Obok hotelu idzie droga, więc ten mój pokój słyszał wszystkie auta. Wyszedłem zapalić rano przy kawie a tu samochód za samochodem. Czułem się jak bohater filmu „Co gryzie Gilberta Grape” czy jakoś tam To film o chłopaku, co miał niedorozwiniętego brata i strasznie tłusta matkę, i dom stał przy drodze i on tak patrzył na te przejeżdżające samochody. No to i ja tak funkcjonowałem. Miejscówka była dobra do pracy, bo napisałem tam 90 stron nowego przewodnika po Grecji w 3 tygodnie i zacząłem się uczyć grać na pianinie, kawałka „Arizona Sky” z filmu narodziny gwiazdy. Śpiewam po Grecku i Amerykańsku, tak po amerykańsku, nie angielsku, ale w Grecji mi nikt do tego nie zaakompaniuje. Nauka grania na pianinie mi przychodzi z takim oporem, jak krowie wspinanie po drzewach. Ale ok może przez rok się nauczę. Miałem też inne wyzwanie.
W pokoju miałem ćwierć tony oliwy. Które miałem zapakować w pudła , była w butelkach litrowych i zawieźć do Salonik. I tu zabawa cała. Skąd znaleźć pudełka. Biegam, chodzę, proszę, szukam. Nic. Żadne nie pasują. Wkrótce cała Leptokaria zaczęła mnie kojarzyć jako osobę od pudełek. W końcu się znalazło rozwiązanie. Pudełka od wina się nadawały a potrzebowałem ich 20. Tak więc codziennie chodziłem i tak brałem po dwa trzy aż skompletowałem.
Maiłem tez bardzo dobrą bazę, do odwiedzenia miejsc w jakich nie byłem, jako, że piszę teraz o miejscach mniej znanych miałem okazje być po raz pierwszy w Pydnie, Pelli, Muzeum w Dionie, klasztorze Ag. Dionisos i ponownie odwiedziłem Verginę tym razem sam. O tym co gdzie było i czy warto czy nie będzie w kolejnych odcinkach. Chyba, że Pydna się ukaże wcześniej. Wyjazdy niosły ze sobą pewne ryzyko. Otóż wracając przejeżdżałem przez Katerini, no to była okazja odwiedzić mojego przyjaciela Doktora Arisa, tego co tam cudu doświadczył na Gorze Atos o czym pisałem w pierwszej książce. Akurat wracałem koło 14 tej, a to godzina o której w Grecji północnej się idzie na tsipouro.
W Grecji się biesiaduje dwa razy dziennie. Może nawet trzy wliczając trwająca godzinę kawę w piekarni. W Grecji w piekarni jest coś jak angielski klub gentelmana, rozmawia się o polityce. Wiec zawsze jak wracałem ze stanowisk archeologicznych to była akcja tsipouro.
Tak raz na trzy dni. To znów do znajomego w Leptokarii przywieźli drewno, no to się zrobiła z tego impreza do wieczora. Drewno przywieźli o 16 a impreza trwała do 19. Poszedł litr tsipouro na trzech i stosy zakąsek.
Dwa razy odwiedziłem Kokkino Nero, ale to był słaby pomysł, bo tam tez hulali. Radością było tez że córka przyjechała do swojego chłopaka do Nei Pori to ich tam odwiedziłem parę razy. Obraz sytuacji mam taki. Na Riwierze Olimpijskiej w zimie pracy nie ma. Chyba ze dla pań co w kawiarni chcą robić, bo kolobary i burdele zamknęli odkąd zakończyły się prace przy tunelach i autostradzie. Chłop może iść rąbać drewno, zbierać oliwki, albo pić. Ot takie tu są zajęcia.
Pojechałem ze dwa razy tez do Platamonas wieczorem, ale tam aktywność na ulicy wyglądała jak w średniowiecznych francuskich miasteczkach po przejściu epidemii dżumy. Ciemno, pusto i psy dupami szczekają.
W Nei Pori nie ma nikogo. Matki karmiące piersią, albo ludzie tak starzy, że nie mają siły dojść do stacji kolejowej. To siedzą tam. Atrakcją są dziadki co czyhają na przechodniów. Jak kogoś zobaczą to wołają do domu , poją bimbrem i opowiadają o tym jak było w czasie wojny czy hunty. Bylem kiedyś w listopadzie w Nei Pori, bo czekałem na kontrahentów z Rumunii, to już to przerabiałem. No ale moje dziecko ma wesoło. Bo tam chłopak ma 2 braci, jeden ma tez żonę Polkę, są kuzyni, i tam mieszkają w dwadzieścia osób. Nie nudzą się. Ja natomiast w tej Leptokarii wytrzymałem ile mogłem. Tam nie dzieje się nic. Noce zimne, pusto. No czy ktoś chce czy nie chce nadmorskie miejscowości riwiery olimpijskiej są uśpironie sezonowe. Ale chciałem sprawdzić. Bo szukam miejsca w Grecji do zamieszkania , więc nie wezmę pierwszej z brzegu okolicy,tylko zamieszkam w takiej co mi się spodoba. Minęły trzy tygodnie, zwiedziłem co miałem zwiedzić, napisałem co miałem napisać, tak więc ruszyłem na południe rozwijać biznesy oliwne.
Kolejna miejscówka będzie w Agii Theodori koło Koryntu. A co do mojej wsi czyli Kokkino Nero. Tam jest największa suma opadów rocznych, więc musiałbym chyba zgłupieć, żeby w zimie tam mieszkać. Jechać do Grecji do najbardziej deszczowego miejsca to bez sensu. Jeśli chodzi o ofertę towarzyską to są tam jakieś panie z polski co przed laty zostały tam i siedzą. Zazwyczaj są to rozwódki z z okresu coco jambo co się pomarszyczyły i wyglądają trochę jak mumia Tutenhamona, więc ja na takie atrakcje nie lecę. A co to był okres coco jambo? Ano 20, 25 lat temu Polska była biedniusia jak białoruskie wioski, a Grecja to kalifat i sułtanat. To co sprytniejsze panie się tam powydawały i myślały, że wygrały los na loterii. Amanci się postarzeli i utyli, samochody pordzewiały, a zamiast wycieczek do modnych lokali zostało pranie starych gaci. No to się porozwodziły i tam koczują na riwierze jak Masaje w Dolinie Słonia.
Założyłem więc sobie serwis Badoo. No to se zrobiłem frajdę. Nie tindera bo jestem uczuciowy i romantyczny a tam się wszyscy na szybki seks umawiają. Więc badoo. No ale badoo się okazało jakimś hospicjum. W Grecji się ludzie łatwo poznają, łatwo romansują, więc na jakieś serwisy randkowe to już idą ułomni, niewymiarowi albo już totalni desperaci. Na zachodzie, to działa bo klimat inny, też ludzie bardziej skryci. Robią się wylewni raczej po flaszce, niż tak sami z siebie. No na południu takich dopalaczy nie trzeba. Na Riwerze Olimpijskiej pań greckich w ofercie nie ma, więc jakaś mnie tam depresja ogarnęła. I tak pojechałem na południe…
