Ostatecznie jako bazę do eksplorowania Peloponezu wybrałem sobie Loutraki. Powodów było ku temu parę. Po pierwsze nie chciałem nadużywać gościnności Any, właścicielki hotelu Siagasw Agii Theodori. Panna z recepcji była atrakcyjna i kontaktowa, a nie jakiś naburmuszony mruk, a spanie w pokoju niemal wiszącym nad morzem, tak napełniało spokojem jak głęboka medytacja. Nie chciałem im tam dłużej siedzieć na głowie, poza tym czas był na eksplorację Peloponezu. Polecam bo chcę dzielić z innymi tym co mi się podoba czego doświadczam, dlatego też uczę śpiewu czy piszę książki. Nie mam jakichś jazd w stylu, że pisze fajnie o hotelu, bo kasę za to dostaję, albo mieszkam i jem za darmo. Tak, mieszkam za darmo ale z zupełnie innego powodu. Po prostu hotele, w których mieszkam zarobiły dzięki mnie po kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt tysięcy euro, wiec to logiczne, że nocuję u nich za darmo. Ale czas na Loutraki.
Wiec dlaczego Loutraki? Po pierwsze mam tam zawsze gościnne miejsce u Petrosa , którego wspominałem w pierwszej książce. Petros ma parę hoteli w tym Posidonio. Petros to konsul republiki Włoch w Loutraki i cały czas goni po jakichś bankietach dyplomatycznych albo udziela się z konwojami czerwonego krzyża. Mieszkają u niego różne postacie, a to archeolodzy z Oxfordu, a to uczestnicy rajdu Ferrari i tym podobni dostojnicy. W hotelu wiszą oryginalne obrazy namalowane przez Mario Mussoliniego, syna dyktatora Włoch. Właśnie u Petrosa po raz pierwszy zobaczyłem reprodukcje obrazów Jacka Vettriano. W Loutraki mieszka też Emilios. Kopalnia wiedzy, wielki intelekt i podobnie jak doktorem Arisem dwa razy w tygodniu spotykamy się by dyskutować o historii polityce, religii, antropologii i tak dalej.
Wiec zamieszkałem u Petrosa. Pensjonat spokojny, takie ze dwie gwiazdki, ale położony niezwykle. Przy placu z fontanną, jakieś 30 metrów od morza. Zaraz po wyjściu widok na góry. Hotel Possidonio tworzy taki magiczny zakątek. Czułem się w nim, jak w powieściach Hemingwaya. Wiec tak. Hotel w takim dobrym klasycznym stylu. Pokoje niewielkie, ale prawie całe Loutraki ma takie, za to w stylu neoklasycystycznym, kolonialnym, czasem jakaś secesja się pojawi. Bardzo nastrojowa miejscowość. Jak amerykańskie miasteczko ze starych filmów. Obok hotelu jest psistaria, czyli grecki grill. Gyrosy, szaszłyki, sznycelki. Od hotelu z 10 metrów. Jak człowiek głodny to wpadnie hapsnie szaszłyka, i wraca.
Mają tam wielką papugę, jak mówią to Brazylijka. Taki smok z 60 cm długości. Papuga się potrafi niewyobrażalnie wydzierać. Ale inteligentna jest i ciekawa, choć jej dziób robi wrażenie. Wystrój knajpki jest w stylu retro, stare etykiety i stare fotografie filmowe.
Dobrze mi się tam pisze, wiec czasem tam obłoże się księgami i planuje wyjazd do muzeum czy na wykopaliska albo piszę książkę. Obok jest kawiarnia nowoczesna z ohydną kawą. Jakaś sieciówka. Następnie sklep ze świeżymi rybami okupowany przez lokalne koty i taka mała kawiarnia. Widać normalna bo rano pełno ludzi. Urzędnicy, bankowcy, rybacy, hotelarze, jakieś rzezimieszki po nocnym napadzie i córy Koryntu po pracy. Taka pierwsza otwierana kawiarnia. Z kawiarni widać morze. W tym moim zakątku czuje się jak w chatce Puchatka, albo dolinie Muminków. Takie wszystko poręczne i podręczne i blisko. I czuć ciepło ludzi, czuć tę bliskość. Właśnie taką energię pewnej przytulności jaka bije z Chatki Puchatka i Doliny Muminków.
Z kawiarni do morza mam z`15, może 20 metrów, a tam promenada. W lewo nabrzeże i hotele plus największe kasyno w Grecji. Większe nawet niż Regency w Salonikach. W prawo park z palmami, spa, kąpieliska i droga w stronę Cypla. Są wodospady podświetlane nocą, w górach parę klasztorów i Cypel. O Cyplu będzie specjalny odcinek. Tawerny i knajpki są w różnym stylu, i z różnym menu od takich typowo pastersko rybackich po nowoczesne i eleganckie.
Emilios mi polecił „Anielskie Smaki”, tam jest grecka kuchnia domowa. Aha w hotelu jest jako recepcjonistka i pomoc taka Albanka. Atrakcyjna to mało powiedziane, to panna jak z rozkładówki jakiegoś magazynu dla Panów. Coś tam mruga, ale nie znam za dobrze obyczajów albańskich, czy czasem jak pohasam, a potem się nie ożenię, jacyś jej bracia i kuzyni mnie powieszą , i to niekoniecznie za głowę. Muszę popytać znajomych.
Lutraki sobie oswajam powoli, zresztą jak wszystkie miejscowości. W końcu tam mieszkam, nie na wakacjach, zatem mam czas by sobie miejscowość oswajać. W Grecji jak ze dwa razy wejdziesz do sklepu czy knajpy to już cie znają i pozdrawiają. Za 3, 4 razem na wsiach pytają skąd jesteś i co robisz. Taki urok to południa.
Lutraki podoba mi się o każdej porze dnia i nocy i w każdej pogodzie. Jak jest słońce to człowiek od rana czuje jakby miał skrzydła. Ulewa, czy cyklon to znów ciekawie. W nocy tajemniczo, w dzień wspaniałe widoki. I ludzie. Codziennie coś słyszę ciekawego. Idę raz o 5 rano coś hapsnąć, patrzę, a tu piekarnia ma drzwi uchylone, no to wchodzę. Pytam się tam piekarzy co gdzieś w czeluściach piekarni się krzątają, czy mają tyropity. Wychodzi właściciel i mówi ze mają. To pytam go, czy świeże. On odpowiada: a jadłeś u mnie nieświeżą? No to ja mu: u ciebie nie ale u innych tak. Pytam ile płacę, A on żebym otworzył rękę, co miałem w niej drobne. Wziął 1 euro (pita kosztowała 1.5). Mówię mu że mało wziął. A on: jesteś pierwszym klientem, przyniesiesz mi szczęście… taka to jest ta Grecja…

Fantazja….